|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|

"PRAWDZIWKI  GRAJĄ  BLUESA"

 

  Rozmowa z RYSZARDEM RIEDLEM

  - Tak już jest, że dziennikarze każdego muszą określić i zaszufladkować. Tobie przypięto etykietkę: "pierwszy polski wokalista bluesowy". Co to dla ciebie znaczy: być wokalistą bluesowym?
  - To jest taki facet, który potrafi wyjść na scenę i zaśpiewać od razu, bez przygotowania. Na poczekaniu wymyśla słowa, a muzyka - no to jest właśnie blues. Jestem w stanie to zrobić. Często będąc już na scenie zmieniam coś w piosence, dodaje... Tak robi chyba większość bluesmenów. Poddają się nastrojowi - raz są zadowoleni, raz sfrustrowani, a w zależności od tego zmienia się muzyka.
  
- Dla ciebie jest oczywiste, że Dżem gra muzykę bluesową, ale swego czasu wielbiciele krzyknęli: "Zdrada!". Chodziło o to że już nie gracie bluesa lecz rock, potem to samo z reggae.
  - Ja rozumiem bluesa trochę inaczej. Nasza muzyka nie jest do końca bluesowa, ale ona z bluesa wyszła i zawsze do niego wróci - bo tylko w bluesie można się totalnie wyżyć. Żebyśmy nie wiem jaki numer grali, to triada gdzieś się zawsze pojawi - nie sposób się od tego uwolnić. Jan Chojnacki powiedział kiedyś na ten temat: "Przecież i tak zawsze słychać, że jest to kapela bluesowa". Mówiono, że odeszliśmy od bluesa, bo jeden numer w radiu był nagrany w innym stylu, a dla nas była to tylko fascynująca rytmem ska, reszta i tak pozostała ta sama. Ludzie są po prostu zepsuci przez kapele, które cały czas grają te same dźwięki.
  
- Idąc tu - do "Estrady Śląskiej" - próbowałem sobie wyobrazić ciebie, Dżem sprzed dziesięciu lat: jacy wtedy byliście, co robiliście, jak doszło do powstania zespołu...
  - Fajne to były czasy, chociaż dopiero dzisiaj je tak wspominam, bo wtedy miałem masę kłopotów: rzuciłem szkołę, nie pracowałem, często nie było mnie w domu...
  
- Masz jednak powody, by dziś wspominać te czasy jako fajne.
  - Postanowiłem wówczas, że wszystko oddam dla muzyki. Spotykaliśmy się z kolegami z Tych, dużo słuchaliśmy muzyki...
  - A potem sami zaczęliście grać...
  - Poznałem braci Falińskich i z nimi zmontowaliśmy zespół na wyjazd na obóz do Wilkas. Kto tam był? Adaś, bracia Falińscy, ja śpiewałem... Chyba nikt więcej? No tak, była gitara, bas, bębny i wokal.
 
 - I tam zaśpiewałeś po raz pierwszy.
  - Nie, pierwszy raz chyba na obozie harcerskim... Tak, sam, bez gitary śpiewałem piosenki Beatlesów. Zresztą do dziś nie potrafię grać na instrumentach harmonicznych - lepiej mi idzie na bębnach. Nie wiem, może to dlatego, że jestem leworęczny...
  
- Hendrix też był leworęczny.
  - No, to się nauczę, czasu mam przecież przed sobą sporo. Tym bardziej, że chciałbym komponować.
  
- Poczekaj, na razie jesteśmy na obozie w Wilkasach. Wróciliście z obozu i co?
  - Graliśmy dalej. Mieliśmy kolegę w organizacji imprez i on załatwiał nam występy jako zespołowi rezerwowemu - jeśli nie dojechała jakaś inna grupa, coś nie wypaliło, wtedy graliśmy my.
  
- Zaczęliście wreszcie zarabiać pieniądze...
  - Tak, ale były też takie okresy, że musieliśmy rzucać granie i szukać pracy. Czego ja wtedy nie robiłem? Raz dostałem pracę w Spółdzielni Rolniczej - tam trzeba było być wszystkim - od murarza do zaganiacza byków...
  - Zaganiacza byków?
  - No wiesz, tak jak kowboy.
  
- Od murarza do kowboja - to byłby nawet niezły tytuł. Tylko, że nie ma tu nic o bluesie.
  - Ale kowboye na filmach grają wieczorami, po pracy na gitarach lub harmonijkach i ja właśnie wtedy także uczyłem się grać na harmonijce ustnej - dostałem od kogoś taką starą, enerdowską harmonijkę. Potem jak poznałem Skibę i usłyszałem jego grę - przestałem.
  
- Miałeś kompleksy?
  - Nie to, żeby kompleksy... Po prostu, jak już ktoś miał grać na harmonijce, to lepiej, żeby to był on. Ale teraz znów spróbuję.
  
- A potem z fabryk i pegeerów znów wracaliście do muzyki - jaki mieliście wtedy repertuar?
  - Graliśmy te wszystkie rzeczy, które także dzisiaj śpiewamy na koncertach. W 75 albo 76 roku powstała "Ballada o malarzu", potem "Pawie", "Jesiony", które gramy do dziś zrodziły się w knajpie "Pod Jesionami" w Tychach... ale jej już nie ma. Schodziła się tam cała miejscowa "bohema".
  
- Teraz powinnam cię chyba zapytać o wasz debiut w Jarocinie, ale wspomniałeś o "Jesionach", więc może porozmawiajmy o tekstach, które od początku sam piszesz dla Dżemu.
  - Wychowałem się na Nalepie, słuchałem piosenek Breakoutów - słowa, które do nich pisał Bogdan Loebi uważałem za najwspanialsze w polskiej muzyce. Wiedziałem, że chciałbym pisać w tym stylu. Potem, gdy po raz pierwszy przeczytałem teksty Morrisona przetłumaczone na język polski, włosy mi się zjeżyły na głowie. To samo było z Dylanem. Próbowałem sam pisać ale mi nie wychodziło. Potem poznałem Kazia Filo. Był jeszcze bardzo młodym chłopakiem, ale oczytanym, znał mnóstwo poezji, interesował się literaturą. W końcu sam spróbował pisać teksty. Robiliśmy to tak: nagrywaliśmy dla niego "rybkę" - to znaczy muzykę, do której śpiewaliśmy coś w rodzaju angielskiego tekstu i wtedy było mu łatwiej napisać słowa, które by dobrze brzmiały.
  
- W końcu jednak zacząłeś sam pisać teksty...
  - Z braku laku, bo Filo uczył się i nie miał czasu zająć się pisaniem zawodowo. Wtedy napisałem "Czarny kapelusz" - dziś go wskrzesiliśmy i będziemy nagrywać. Potem próbowałem też pisać prozę, ale wyrzuciłem teksty.
 
 - "Czarny kapelusz" nie jest wyjątkiem, na koncertach gracie na ogół kompozycje sprzed kilku lat.
  - A wiesz dlaczego? Te stare piosenki nie zostały nigdzie utrwalone. Gdybyśmy nagrywali płyty, zrobilibyśmy już z dziesięć nowych programów.
  
- Śpiewasz o różnych sprawach i robisz to tak, że wiadomo, iż nie obejrzałeś tego w kinie, lecz sam musiałeś to widzieć, przeżyć. Tak jest to odbierane.
  - Wiesz jak powstali "Niewinni"... O czym jest ten tekst. Byłem w tym kanale i to jest opis pewnych sytuacji. Robię to w taki sposób, żeby słuchacze wiedzieli, że to jest złe, a oni odbierają to odwrotnie. To straszne ! Przecież rozumieją o czym śpiewam, potem jakby zapominali i ograniczają się do naśladowania faceta, który to przeżył.
  
- Jeśli już mówimy o tekstach, musisz mi wytłumaczyć jeszcze jedną rzecz: jak to się dzieje, że polscy bluesmani tak bardzo boją się śpiewać po polsku, sądzę, że jest to wręcz niemożliwe, a wam udaje się to robić tak dobrze?
  - No, bo się staramy.
  - A naprawdę?
  - To było tak, że ja się kiedyś wkurzyłem i powiedziałem: da się ! Pisząc teksty zacząłem wyrzucać, pomijać niektóre zgłoski - zwłaszcza te wszystkie sz, cz, to co się - po prostu - śpiewa źle. Okazało się, że polski język nie jest taki ubogi w słowa i można sobie poradzić.
  
- Sądzę, że teraz spokojnie możemy wrócić do chronologicznego opisu dziejów Dżemu - kolej na Jarocin.
  - Gdzieś w gazecie przeczytaliśmy ogłoszenie. Przygotowaliśmy z Kazikiem specjalny program. Wtedy powstała "Whisky", "Pawie" i te wszystkie rzeczy - w sumie około dwudziestu utworów. Posłaliśmy kasetę z nagraną muzyką z "rybką", a teksty osobno na kartkach, bo już nie zdążyliśmy tego wszystkiego nagrać. Zaraz potem pojechałem jako techniczny z grupą Kwadrat do Poznania i tam poznałem Jacka Sylwina. Spytałem go czy słyszał naszą taśmę. Powiedział, że wszyscy są zaskoczeni, że jest to coś bardzo dobrego, mamy przyjeżdżać - i w ogóle afera. To było straszne zaskoczenie. Ja myślałem, że to się nikomu nie spodoba ! Jak wróciłem do domu, zaraz poleciałem do kumpli i powiedziałem im, że jedziemy do Jarocina. Była wielka radość. Zrobiliśmy składkę, wynajęliśmy "Żuka" i pojechaliśmy. Jakoś nam tam poszło.
  
- Gdy zjawiliście się pięć lat temu w Jarocinie nie byliście już chłopcami, którzy wiedzą o sobie tylko tyle, że chcą się pokazać na scenie. Mieliście już za sobą ładnych parę lat grania i trochę doświadczeń.
  - Tak, ale dopiero tam poznałem tzw. branżę. Jako pierwszy wziął mnie "na stronę" Walter Chełstowski i powiedział: "Na takiej pozie daleko nie zajedziesz". Chodziło mu chyba o to, żebym obciął włosy, wstawił zęby i zaczął robić karierę... Od razu też miałem propozycję pójścia do Kombi. Nie zgodziłem się. Pomyślałem: "To po co się tak męczyłem, żeby teraz robić szmalec?" Łosowski tłumaczył mi, że z moim zespołem nie mam żadnych szans, że to, co robimy jest bez sensu. Spytałem go wtedy: "To po co to wszystko?" Strasznie się wtedy zraziłem do tej całej "branży", do Muzyki Młodej Generacji... Zresztą wtedy też zaczęły się kłopoty z zespołem: rozpadł się skład z Falińskim, wróciłem na Śląsk...
  
- I Dżem przestał istnieć?
  - Nie, na szczęście spotkałem Andzrzeja Urnego. Dzięki niemu Lakis zagrał z nami w "Pawiu" i zrobił z tego prawdziwy numer. Cały czas miałem też kontakt z Adamem, z Michałem. Spotykaliśmy się w starym garażu na sobotnio - niedzielne granie - tam zrobiliśmy temat "Whisky" - jeszcze bez tekstu.
  
- Kiedy powstał obecny skład zespołu?
  - Przed nagraniem singla "Paw"/"Whisky". To, że go nagraliśmy, to był tylko łut szczęścia, bo tak naprawdę, cały czas mieliśmy pecha. Jeden człowiek z radia zaprosił mnie na rozmowę i powiedział, że możemy robić nagranie, ale położył na stole swoje teksty. To znaczyło, że jeśli zaśpiewamy to, co on napisał, będziemy nagrywać. Wziąłem te teksty, wsadziłem do kieszeni i wyszedłem. Poszedłem prosto do ubikacji i wyrzuciłem je do sedesu. I tak się sprawa naszych nagrań urwała.
  - Może, po prostu nie umieliście walczyć?
  - Przede wszystkim nie mieliśmy odpowiedniego managera. Jeździliśmy na świetnie zorganizowane trasy, graliśmy masę koncertów, ale drzwi studia były przed nami cały czas zamknięte. Marzyliśmy o kimś takim jak nasz obecny manager - Marcin Jakobson, ale on bardzo długo nie mógł się zdecydować. W końcu, dopiero w ubiegłym roku, na festiwalu bluesowym w Olsztynie powiedział: "Dobrze. To jest ten zespół".
  
- I w tym momencie nastąpiła nowa era dla zespołu. Przeszliście na zawodowstwo. Opowiedz więc o Dżemie, który zarabia pieniądze, nagrywa płyty, koncertuje za granicą.
  - Przez wszystkie te lata cieszyło mnie, że ludzie z którymi gram, nie są próżni, nie chodzi im o to, żeby robić szmalec. Czasami, jak ci mówiłem, było tak, że trzeba było rzucić granie i iść do roboty, zarobić, by przeżyć. Ale potem znów wracaliśmy, żeby grać tę samą muzykę. Było ciężko żarliśmy się między sobą, przez rok nie mieliśmy koncertów... Zawsze byliśmy te "prawdziwki", jak o nas mówiła poprzednia managerka.
 
 - Boisz się pieniędzy i sukcesu...
  - Pieniądze? Jestem na tyle odporny, że mi to nie grozi. Ale to jest dla nas - "prawdziwków" czas przełomowy - teraz okaże się, co z tego wyniknie. Płyty - jedna, druga, dobre trasy, to koniec dla zespołu. Boję się, że Dżem przejdzie na zawodowstwo - w tym złym znaczeniu. Koledzy też się boją, żeby nad nami nie zaczął świecić kolorowy neon "Zaiks". Dopóki będę czuł, że jest napięcie na scenie będę to robił. Ale jak się na tym złapię, że ma to być tylko dla szmalu - pójdę w cholerę. Nie wiem co wtedy zrobię... Może znajdę młodych ludzi, którzy pójdą za mną...
 
 - I znów wszystko od początku... Teraz gdy masz to, o czym chyba cały czas marzyłeś - zespół, który w dodatku może nagrywać, więc nic mu nie grozi.
  - Zawsze mówiłem mojej żonie, że zrobię kiedyś świetną kapelę, będziemy grać, będzie wspaniale. Ona tylko patrzyła na mnie i mówiła: tak, tak... Ale na dnie duszy nie wierzyła mi. Potem jak już był zespół, graliśmy, przypominała mi, tak jak ty przed chwilą: pamiętasz jak zawsze o tym mówiłeś?
  
- Na koniec zostały nam jeszcze dwie sprawy: występy w Berlinie Zachodnim i płyta.
  - Na nasze koncerty w Berlinie Zachodnim przychodzi niewielu ludzi, ale fajnie się tam gra. Jest bardzo dobry klimat. Nieraz dla kilkudziesięciu osób graliśmy taki koncert, że długo będę o tym pamiętał... Czasem sobie myślę: gdybyśmy wszędzie grali takie koncerty?... Tam czujemy się bardziej zmobilizowani, bo chcemy pokazać, że w Polsce ludzie potrafią grać. Ale i tak najlepiej lubię grać w kraju, bo tylko tutaj ma to sens. Tu gramy dla ludzi, którzy na nas czekają - tam gramy sami dla siebie. Polska publiczność jest wspaniała, złakniona tej muzyki, która oddaje wiele emocji... Ale byłem na koncercie Republiki i nie wiem... nic nie czułem. Zupełnie to do mnie nie docierało. Ładne brzmienie, ale nic... Myślę, że nie obrażam tym Republiki, oni pewnie czuliby się podobnie na koncercie Dżemu.
  
- Niedawno skończyliście nagrywanie dla Polskich Nagrań swego pierwszego longplaya. Co się na nim znajdzie?
  - Będzie parę starych piosenek: "Ballada o malarzu", "Jesiony", "Whisky", a z nowych: "Skok", "Cegła" - taki fajny blues. W sumie znajdzie się na niej osiem utworów. Zabraknie "Alei Róż", bo się nie zmieściła, ale nagraliśmy ją na singlu, który wyjdzie jeszcze przed longplayem.
  
- Czy czujesz, że jest jeszcze coś, o czym powinniśmy powiedzieć, żeby obraz Ryszarda Riedla był prawdziwy?
  - Jest coś na czym bardzo mi zależy, żeby ludzie o tym wiedzieli, bo ciągnie się to kupę lat... Wychodzę zawsze na scenę trzeźwy i świadomy tego co robię. Nigdy na scenie nie byłem pijany. A mój sposób zachowania... Tak śpiewam, nie jestem maszyną i w pełni się kontroluję. Spotkałem ludzi, którzy przeżywali szok, gdy po zejściu ze sceny dowiadywali się, że jestem zupełnie trzeźwy. Obserwując koncert, byli przekonani, że zdrowo sobie popiłem.
  
- Sam więc widzisz, że trudno będzie napisać tak, by wszyscy widzowie waszych koncertów ci uwierzyli. Pomyślą, że to tylko reklama, a nie tak: na słowo honoru.
  - Poczekaj, w Tarnowskich Górach zdarzyło się to jeden, jedyny raz. Teraz mogę już dać słowo honoru.
  

Rozmawiała:
ANNA DĄBROWSKA

DŻEM tworzą: Jerzy Styczyński i Adam Otręba - g.., Beno Otręba - gb., Paweł Berger - piano, Michał Giercuszkiewicz - dr., i Ryszard Riedel - voc.

poprzedni artykuł    następny artykuł

|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|