|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|

"Ryszard Riedel: Dżem   ZATAŃCZĘ  Z   WILKAMI"


  Ryszarda Riedla z zespołu Dżem, lidera polskiego rocka i bluesa "złapaliśmy" podczas koncertu już po występie, w kawiarni pod sceną Opery Leśnej w Sopocie. Wręczyliśmy mu "Zadymę", chwilę porozmawialiśmy i już był z nami. Popatrzcie sami na dedykację. To dla Was. Bo Ryszard Riedel to wspaniała osobowość. Niepowtarzalna, nie do podrobienia. Prawdziwy bluesmen. Jest zawsze sobą. Szczery i otwarty na ludzi.
  - Jak to się stało, że pociągnął Cię blues?
  - Blues to przyjaźń, miłość, natura. Dawno sobie założyłem, że będę śpiewać bluesa. I do tego po polsku. Między innymi dlatego, żeby było się do czego odnieść. Blues to przyjaźń, miłość, natura. Tak jak w filmie "Tańczący z wilkami". Życie jest na pewno piękne, a nie tylko nudne i tragiczne. Staram się o tym śpiewać.
 
 - Twój przebój - "Malowany Ptak", ze słowami Darka Duszy, mówi o agresji młodzieży?
  - O "zawirowaniach" w życiu. Konkluzja jest jednak taka, że rozbijając okna nic nie tworzymy.
  
- Podobno "brałeś"?. Czy robisz to nadal?
  - Uważam, że wszystkie używki są dla ludzi. Ale nie można się nimi zachwycać. Więcej można osiągnąć przez sztukę, odradzam narkotyki...
 
 - Czego teraz pragniesz?
  - Chcę, żeby doszło do koncertu w Brodnicy. Tam przyjeżdża fajna młodzież. Gramy razem. A tak w ogóle o marzeniach - chciałbym spędzić kilka dni na prerii i zatańczyć z wilkami...
  
- Jak odbierasz teraz polski światek muzyczny?
  - Lepiej. Po raz pierwszy między muzykami wytworzyły się jakieś nici przyjaźni. Przedtem każdy sobie grywał.
  
- Masz radę dla smutnych?
  - Przydała by mi się samemu. Ale tak w ogóle trzeba być takim, jakim się jest. Nie udawać, filozofować. A i nie za bardzo tragizować. Prowadzi to do "dołów". I po co? Wtedy można oknem skoczyć...
  
- Nigdy nie miałeś dość trasy?
  - Czasami z tego powodu poklnę. Zabieram ze sobą 13-letniego syna. Będzie grał na bębnach. (Sebastian przytula się do ojca - przyp. red.) Trasa to mnóstwo koncertów. Fakt, czasami mam dosyć. Gdy zapieprzam jak mały samochodzik. A przecież lubię także sobie poleżeć z trawką i kwiatkiem w gębie...
  
- Najgorszy dzień?
  - Chyba okres, gdy nic w życiu nie robiłem. Nim zacząłem śpiewać. Było to jednak 20 lat temu.
 
 - Najlepszy okres?
  - Chyba jakaś wielka miłość. Nie kocha się jednej osoby. Tylko różnych ludzi. Pamiętam na przykład mojego przyjaciela, którego poznałem w pociągu, na trasie z Kołobrzegu do Łodzi. Cały czas ta przyjaźń trwa. To artysta plastyk Bogdan Lisik. Zbliżył mnie do literatury, filmu i sztuki w ogóle. Wiele mu zawdzięczam. Jest wspaniały. Cenię sobie jego zdanie. Lubię dyskutować. Potrzebujemy się nawzajem "nakręcać". Lepiej tak, niż przy pomocy gorzały. Jest fajnie.
 
 - Lubisz czarnych wykonawców bluesa?
  - Wolę białych. Lubię Erica Claptona i Jima Morrisona. Gdy zacząłem śpiewać wyrzuciłem przez okno płyty Niemena i "Breckautów". Powiedziałem im o tym. Zrobiłem tak dlatego, żeby się na nich nie wzorować. Szukałem siebie w muzyce.
  
- Jaki jest Twój znak zodiaku?
  - Panna. Nie skończyłem żadnej szkoły. Nawet ósmej klasy. Miałem kłopoty z ojcem. Tak wyszło. Dziś po latach nie mam zamiaru sztucznie nadrabiać. Życie nauczyło mnie wiele. Niech to tak będzie. Miałem szczęście...
  
- Naprawdę? Czyżbyś urodził się w czepku?
  - Tak powiedziała mi matka. Gdy się rodziłem, długo nie pisnąłem nawet. Potem wydałem z siebie ponoć bek. Otoczenie skomentowało: - Będzie śpiewał! - I tak już zostało.
  
- Dziękujemy Ci, Ryśku. Śpiewaj nam wciąż polskiego bluesa!

Rozmawiała: BARBARA KALITA

poprzedni artykuł    następny artykuł

|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|