|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|

"SKAZANY  NA  BLUESA"

 

"Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj...
bo przyjaciela straciłbyś, jak ja...
Był jednym z niewielu
skazanych na bluesa,
ten wyrok dodawał mu sił,
miał dom i rodzinę, spokojnie mógł żyć
lecz często uciekał by stanąć przed wami,
by znów nabrać sił..."
                        "Skazany na bluesa"

 

  Pożegnaliśmy artystę, człowieka który każdym tekstem, każdą piosenką wyrażał smutek, tragizm i ból swej drogi, swego losu. RYSZARD RIEDEL, był kaznodzieją szarości, Jego płyty, to pamiętniki rozpaczy i przerażenia, to listy o samotności człowieka wygnanego z życia, z którym nie dał sobie rady. Między życiem którym żył, a życiem, które pisał, trudno przeprowadzić linię podziału, biografia i sztuka splotły się w tragiczną jedność. Nikt jak On tak sugestywnie i prawdziwie nie potrafił opowiadać nam o świecie, w którym szczęśliwym można być tylko w snach, o tej zalewającej nas wokół nieupiększonej rzeczywistości. Tak naprawdę żegnaliśmy się z Nim od lat, choć na śmierć na pewno nikt nie był przygotowany. Pewne jest jedno, Jego życiopisanie pozostanie z nami na zawsze, choć żal, bardzo żal, że już nigdy nie usłyszymy na koncercie tego prostego i magicznego zarazem: "sie macie ludzie"...

BRUM

*

"Uczciwie mówiąc, nigdy nie byłem wielkim przyjacielem Ryśka czy zespołu, nie jeździłem z nimi w trasy, nie zapowiadałem koncertów, no może z małymi wyjątkami. Tak więc nie należałem do tej grupy najbliższych kompanów zespołu, a to głównie ze względów geograficznych. Jeśli zaś chodzi o DŻEM jako zjawisko, to funkcjonowało ono w Polsce, na zupełnie innych zasadach. Poza koniunkturą, modą i fryzurą. Może to okrutne co powiem, ale świadomość tych, którzy wiedzieli, że Rysiek może przestać śpiewać wcześniej niż by mógł, powodowała, że każdy koncert Dżemu, był momentem szczególnym.
Były przecież koncerty bez Ryśka, kiedy był w zapaści, kiedy nikt nie wiedział czy z tego wyjdzie. Ta niepewność, ten spacer po kruchym lodzie dodawały temu wszystkiemu nieziemskiego magnesu.
Umówmy się, że publiczność, która Go oglądała była widownią Koloseum. Ona nie była zagrożona, On był zagrożony. Umierał na naszych oczach cały czas mówiąc nam o tym... I to właśnie stanowiło o niepowtarzalności zjawiska jakim była ta orkiestra. Dżemu już nie będzie, Riedel dobarwił to w sposób niepowtarzalny. Nawet dla tych, którzy nie uświadamiali sobie tragedii, która gdzieś tam czyhała, Dżem był zawsze zjawiskiem magnetycznym, wydarzeniem specjalnym, szczególnie na żywo. Nie chcę mówić, że to taki polski GRATEFUL DEAD, ale... Tak to już jest, że los każe co jakiś czas, aby taka tragedia się zdarzyła, by twórczość wielkich rocka, MORRISON, HENDRIX, JANIS... Gdybyśmy dzisiaj słuchali koncertu lekko wyłysiałego, grubego Hendrixa, to nie byłoby tej legendy. Takie jest niestety okrucieństwo tych, nie tylko rockowych, scenariuszy..."

WOJCIECH  MANN

*

"Poznałem zespół Dżem i Ryśka podczas festiwalu w Jarocinie, gdy debiutowali tam, choć co dziwne, nie wygrali. Laureatem została wówczas grupa OGRÓD WYOBRAŹNI... Już wtedy wiadomo było, że będzie to grupa świetnie sprawdzająca się na koncertach. Gdy Riedel wychodził na scenę, to publiczność była jego. Nie spotykałem Ich często, rozmawiałem może trzy razy w życiu, ale zawsze robili na mnie kolosalne wrażenie. Był to najlepszy w kraju zespół koncertowy, który nie bardzo jakoś potrafił sprawdzić się w studiu.
Wszystkie nagrania koncertowe są  lepsze niż studyjne. Dramaturgia Ich występów miała w sobie coś z tragicznego duchowego ekshibicjonizmu...
Żal mi, że nigdy nie mieli u nas na liście numeru jeden. Na pewno Rysiek miał jeszcze wiele do powiedzenia, do zaśpiewania. Gdy słucha się utworu "Jak malowany ptak", to czuć, że wiedział, że samounicestwienie zbliża się do kresu. Wiedział i informował nas o tym, żegnał się... Za wcześnie."

MAREK  NIEDŹWIEDZKI

*

"Dżem i Riedel to dla mnie postacie znane chyba od 12 lat. Pierwszy raz zetknąłem się z Nimi podczas drugiej czy trzeciej Rawy Blues, z którą byli bardzo związani. Mogę mówić o zespole Dżem i Ryśku, bo chociaż bez jednego nie byłoby drugiego i odwrotnie, to były dwa samodzielne elementy. To się czuło w kontaktach towarzyskich i na estradzie. Riedel był dodatkowym instrumentem, do bazy jaką stanowili muzycy, ale był sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jako jeden z niewielu wykonawców, nie tylko krajowych, potrafił być przykładem w jaki sposób mogą uzupełniać się głosy i instrumenty. U Niego było to niezwykłe, że raz był żywym człowiekiem a raz orkiestrą. Tam gdzie wokalista bluesowy nic nie może dopowiedzieć własnymi słowami, tam uderza w gitarę. Riedel potrafił jedno i drugie. Był sam dla siebie uzupełnieniem. To bardzo rzadka umiejętność. Chciałbym, żeby to był ostatni przypadek, gdy tracimy kogoś fantastycznego i niepowtarzalnego na Jego własne życzenie. Straszne jest to, że kochający Go ludzie, przyjaciele, fani, przyczynili się do Jego tragedii, razem z wyrazami uznania przynosząc mu narkotyki... Jego koledzy z zespołu cierpieli razem z Nim, czuwali i próbowali wrócić Go do życia, niestety bezowocnie... Ponadczasowość Dżemu polega na tym, że byli prawdziwi, nie udawali. To gwarantowało ponadpokoleniowość tego, co robili, pomimo iż grali muzykę, jak się wydaje nieaktualną."

JAN  CHOJNACKI

*

"Wieść o śmierci Riedla dotarła do mnie w bardzo szczęśliwym momencie mego życia, w momencie, gdy wychodziłem z 1 koncertu nowej trasy zespołu THE ROLLING STONES. Upłynęło już sporo dni, a ja nie potrafię ubrać w słowa tego, co się we mnie kłębi, że Go już nigdy nie usłyszę, nigdy nie zobaczę przy mikrofonie. Jakoś mi się to jeszcze nie mieście w głowie..."

PIOTR  KACZKOWSKI

*

"Czy przyjmiesz mnie mój Boże,
kiedy odejść przyjdzie czas,
Czy podasz mi swą rękę,
a może będziesz się bał..."
                "Jak malowany ptak"

poprzedni artykuł    następny artykuł

|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|