|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|

"POZWÓL  MI  JESZCZE  RAZ..."

 

  Miała być wielka feta w warszawskim klubie "Stodoła" - był po skromniej ceremonii kościelnej hipisowski pogrzeb na tyskim cmentarzu w Wartogłowcu. Miał być jubileuszowy koncert 15-lecia w katowickim "Spodku" - zapłonęły jedynie ogniki zapalniczek na festiwalu w Jarocinie.
  Zabrakło postaci, bez której polski rock nie będzie już taki sam. A zwłaszcza nie będzie takie samo życie muzyczne na Śląsku. Czy można bowiem wyobrazić sobie "Rawę Blues" bez Ryszarda Riedla, czy można pójść na koncert Dżemu bez jego charyzmatycznego "frontmana"?
  Niektórzy myśleli, że można. Koledzy zmarłego wokalisty przeżywali na pogrzebie Ryśka podwójny stres: ze smutkiem po stracie przyjaciela szedł w parze kac moralny po wyprzedzającej ją o kilka tygodni decyzji zespołu o zawieszeniu współpracy z Riedlem i o poszukiwaniu w drodze ogłoszeń prasowych jego następcy.
  No cóż, być może "nie było w tym niczyjej winy", jak głosił przed blisko ćwierć wiekiem tytuł piosenki Czerwonych Gitar po odejściu Krzysztofa Klenczona. Stan fizyczny i psychiczny Ryszarda Riedla wielokrotnie utrudniał w minionych latach współpracę zespołu z legendarnym wokalistą. Nieraz grupa była zmuszona odwoływać w ostatniej chwili zaplanowane nagrania i co gorsza, przepraszać za jego nieobecność publiczność, przybyłą na - wysprzedane, jak zwykle do ostatniego miejsca - koncerty. Prawdopodobieństwo odwołania w podobnych okolicznościach przewidzianych w połowie tego roku imprez jubileuszowych w "Stodole" i w "Spodku" groziło nieobliczalnymi wręcz stratami materialnymi i moralnymi.
  Kiedy 38-letni "ostatni hipis" znalazł się na krótko przed swoją śmiercią w chorzowskim szpitalu nr 1, środowisko muzyczne kojarzyło ten fakt dość jednoznacznie z funkcjonującym tam od niedawna suboddziałem, wyspecjalizowanym w opiece nad chorymi na AIDS. Jednakże po zgonie artysty do tej supozycji nawiązała jedynie "Gazeta Wyborcza", podczas gdy inne komunikaty prasowe mówiły o oddziale detoksykacji, bądź o śmierci w wyniku "zapaści". Dyrekcja szpitala odmówiła wszelkich komentarzy w tej sprawie, powołując się na tajemnicę lekarską.
  Dramat artysty trwał od dawna, bardzo długo też trwały perturbacje zawodowe całego zespołu, który w wyniku choroby swojego wokalisty niejeden raz miał nieszczęście znaleźć się na krawędzi upadku. "Oni też mają rodziny, którym należy się łyżka strawy i odrobina spokoju" - mówi jeden ze śląskich menedżerów, znający z bliska problemy Dżemu i wokół Dżemu w ostatnich latach.
  A jednak w przypadku większości ludzkich dramatów nie ma dobrych rozwiązań. Przygnębieni muzycy Dżemu trzymali się podczas pogrzebu Ryszarda na uboczu, jak gdyby porażeni nagłością tej śmierci i niewypowiedzianą głośno pretensją (ze strony innych? może do samych siebie?): "czy to wszystko nie stało się zbyt szybko", "czy nie należało jeszcze poczekać?"... Są w życiu pytania, na które nie ma i nigdy już nie będzie odpowiedzi.
  Pozostanie natomiast pamięć o artyście, zapisanym w chmurnym i zadymionym pejzażu Śląska, w burzliwym krajobrazie Polski ostatniego piętnastolecia. Nieprzypadkowo uczestnicy hipisowskich zaduszek na cmentarzu w Wartogłowcu odśpiewali zmarłemu przyjacielowi nie tylko nostalgiczną bluesową "Whisky", ale również "Dzień, w którym pękło niebo" i kultowy song Dżemu - "Czerwony jak cegła"...
  Victoria", zaintonowana u grobu barda, zdaje się nie być okrutnym szyderstwem, ale najszczerszą prawdą. Podobnie jak wielu jego poprzedników, Ryszard Riedel liczyć może na pośmiertny triumf. Albowiem "od debiutanckiego singla z pierwszymi utworami "Paw" i "Whisky", przez dziewięć długogrających krążków - od "Cegły" do ostatniego "Dżem - wyłącz 220V" - opowiadał o sobie, o swoim życiu..." I choć z owym życiem pieśniarza-hipisa, gorzkim a nawet tragicznym, nieliczni chcieliby utożsamić się do końca - większość dostrzegała jego symboliczny wymiar. Zwłaszcza w kategoriach krzyku pokolenia, songu epoki przełomu.
  Ryszard Riedel tego przełomu nie inicjował pieśniami, nawołującymi do wznoszenia barykad (czy "przeskakiwania przez mur"), antycypował prędzej jego nieuchronność, ukazując taką a nie inną rzeczywistość, taki a nie inny klimat całej generacji. Ten, który tworzył w życiu i na estradzie aurę "odlotu", odszedł nie doczekawszy czterdziestki. Odszedł na kilka dni przed pojawieniem się ostatniej płyty, nawiązującej poetyką "unplugged" do pierwszych jego koncertów.
  Utrwaleniu pamięci muzyka służą jego nagrania. Od śmierci Elvisa Presleya i Frediego Mercury'ego, po dzień kiedy odszedł Kurt Cobain z Nirvany, regułą w świecie fonografii staje się pośmiertny boom płytowy, który pozwala nabijać kabzę producentom (jakże trudno w życiu o klarownie czyste sytuacje!), z drugiej jednak strony - inicjuje rockowe antologie, nostalgiczne albumy i kasety video. Sądzę, że dzięki owym kompakt dyskom i pomnikom "z celuloidu", również Ryszard Riedel świętować będzie wraz ze swoimi fanami jubileusz, którego nie zdołał doczekać za życia. I pozostanie z nami na długo.

poprzedni artykuł    następny artykuł

|index|info|historia|fotografie|teksty|artykuły|dźwięki|gadżety|koncerty|odnośniki|